niedziela, 9 września 2012

À Deriva

Siemsko! Po kilkumiesięcznej absencji powracam, zmieniam wygląd bloga i jego zawartość. Nadal będę dzieliła się z Wami moimi refleksjami co do filmów, ale mam zamiar pisać również na inne tematy. Jakie? sama nie wiem. Wyjdzie w praniu. Dziś jednak chciałabym przedstawić film, który poniekąd skłonił mnie do powrotu w skromne progi internetu. 

"À Deriva" to film produkcji brazylijskiej z 2009roku. W rolach głównych: Vincent Cassel(!!!), Camilla Belle i Laura Neiva. Jest to opowieść o zdradzie, miłości, przywiązaniu, sztuce, nałogu. Akcja rozgrywa się niedaleko Rio de Janerio. Młoda Filipa wraz z rodzicami i dwójką rodzeństwa przyjeżdża na wakacje nad piękne wybrzeża Brazylii. Czas spędza z ukochanym przez siebie ojcem i znajomymi. Zakochuje się w rówieśniku, odkrywa tajniki miłości i pożądania. Nie rozumie matki, która pochłania ogromne ilości alkoholu i ojca wymykającego się wieczorami, by z tajemniczą nieznajomą oddawać się seksualnym uciechom. Pewnego dnia znajduje odpowiedzi na wszystkie, nurtujące ją pytania, a prawda okazuje się wstrząsająca, zwłaszcza dla młodej, czystej dziewczyny.

Obejrzałam ten film dwa razy w przeciągu tygodnia. Wywarł na mnie piorunujące wrażenie. Przede wszystkim ukazał problem, z którym boryka się wielu z nas. Zdrada, odejście, porzucenie. Jak to zrobić, by nie skrzywdzić drugiej osoby? Skłania do refleksji. 

Standardowo soundtrack: http://www.youtube.com/watch?v=JD0WjUctnhA




 Dodam jeszcze, że polskie tłumaczenie tytułu to: "Upalne brazylijskie lato". Miłego oglądania.

sobota, 10 marca 2012

Burdel

Witam wszystkich!
Wiem, miałam być systematyczna...miałam pisać post za postem, pracę historyczną za pracą, ćwiczyć wieczorem i chudnąć. Wszystko trafił szlag! Brak konsekwencji w moim życiu wprowadza w nim burdel. Nie podoba mi się to. Chciałabym coś zmienić, ale nie mam siły. Codziennie mówię sobie, "Ej Ania przecież masz jeszcze tyle czasu, żeby napisać esej o reformie wojskowej Gajusza Mariusza, masz tyle czasu do poprawy matury, nie spinaj dupy, wszystko będzie si!
tak kurwa właśnie widzę. Gajusz Mariusz zadany w listopadzie jeszcze nietknięty (na 19.03) do matury półtora miesiąca a ja jestem w czarnej dziurze,nie mówiąc o kolokwium z łaciny i lekturach ze starożytnej. Mam prawie 20 lat i kisiel zamiast mózgu, ot co!

W życiu mogłabym zostać degustatorem wina, albo pizzy. Byłabym najszczęśliwszą i najgrubszą babą pod słońcem.
 Przeraża mnie przyszłość. Z jednej strony historia to interesujący, pociągający i fascynujący przedmiot, ale z drugiej strony pytania rodziców "i co potem?"...właśnie do cholery, co potem?! w dupę z takim krajem, gdzie nawet kierunki studiów są zjebane.

Póki co, prócz zaczynającej się, bądź powracającej depresji czuję się chyba źle. Otaczają mnie szczęśliwi ludzie, którzy czerpią radość z życia. Najchętniej zaszyłabym się gdzieś i oglądała filmy. oczywiście z butelką wina i lodami.

http://www.youtube.com/watch?v=asHNeJ4mILs&feature=fvst  hans zimmer idealnie wpasowuje się w moje aktualne samopoczucie.

czwartek, 23 lutego 2012

the help

Siedzę w kuchni, palę papierosa i myślę...

Najlepszym filmem jaki ostatnio obejrzałam były bezapelacyjnie "Służące". 
Film nominowany do Oscara. 
Akcja rozgrywa się w stanie Misissipi, a latach 60-tych. 
Opowiada o czarnoskórej społeczności kobiet, pracujących "na rzecz" białych, wyrafinowanych, głupiutkich panienek i ich rodzin. Główna rola przypisana została Emmie Stone- dziewczynie, która kończąc studia marzy o karierze pisarki. Skeeter (Stone), chcąc dostać posadę w wymarzonym miejscu pracy. Widząc jak ludzie postępują ze służącymi, postanawia opisać ich historię. Zadanie to nie jest jednak łatwe.
Musi przeciwstawić się ludziom i rządowi, walczącym z czarnymi. 
Wywiad przeprowadzony z Ailbilene (nominowana do Oscara Viola Davis) wstrząsa światem wszystkich ludzi. 
Służące postanawiają wyjawić najciemniejsze sekrety przełożonych, swoje historie i uczucia. 

"Służące" to świetna gra aktorska plus fantastyczna fabuła. Nie ukrywam, że w pewnych momentach film omal nie doprowadził mnie do łez. Oglądając to, w człowieku budzi się współczucie i szacunek do tego, co te kobiety robiły, kim były. Przez całe życie wychowują cudze dzieci, nie mogąc zająć się swoimi, a po upływie paru lat , wyrzucane są na zbity pysk. 
Osobiście mam nadzieję, że w niedzielę autorzy filmu i jego aktorzy zostaną nagrodzeni małą statuetką:) 
Jeżeli chodzi o mnie, film z pewnością obejrzę jeszcze raz, albo dwa...może nawet trzy. 
Serdecznie polecam wszystkim, którzy chcą obejrzeć coś, co nie przejdzie obok nich obojętnie!
Miłego dnia!
 



Ps. Pozdrawiam moją wierną czytelniczkę, Zoe:)

wtorek, 14 lutego 2012

Wspomnienia 2

ja, Kraków 2010
Karol, wakacje 2010
Ewa, święta 2010
Wąska i ja, listopad 2011
Ola i ja. Dawno temu
Karol i ja, wrzesień 2011





niedziela, 12 lutego 2012

XXY

kiedyś, jak byłam jeszcze w liceum, miałam przyjemność uczęszczać na prelekcje filmowe związane z projektem "nowe horyzonty edukacji filmowej". Raz w miesiącu porzucałam mury przyjaznego VLO (nie licząc wiecznych wagarów!) i pędziłam do ŻAK-a obejrzeć kolejny film z serii: "Trudne tematy". I w taki sposób, natrafiłam na film, który gorąco polecam. XXY.

 argentyński dramat ukazujący życie Alexa, 15-sto latka posiadającego oba narządy płciowe. Przedstawia codzienną egzystencję nastolatka, jego pierwsze uniesienia miłosne, pierwsze akty seksualne i drogę, podczas której decyduje o swojej przyszłości. Film porusza ciężką kwestię życiową(hermafrodytyzm), przedstawia zachowanie otaczającego Alexa społeczeństwa, jego rodziców i przyjaciół. 

Film obejrzałam raz, dwa lata temu. Niestety jest trudno dostępny dlatego nie wypowiem się na temat muzyki.
Zdecydowanie jest to kawałek mocnego kina, dlatego polecam go każdemu, kto nie krzyknie "OO FFUUJ PEDAŁ!" przy pierwszej możliwej okazji. 

każdemu kto zdecyduje się obejrzeć XXY "nakazuję":) zwrócić uwagę na fantastyczne miejsce, w którym rozgrywa się akcja. Argentyna stała się kolejnym krajem, na mojej liście: "miejsce do zwiedzenia, pokochania, zamieszkania"


 

piątek, 3 lutego 2012

OSCAR!

Witam! Dawno nie opublikowałam żadnego posta,wiem, ale to wszystko przez naukę. Na szczęście sesja dobiegła końca, więc z czystym sumieniem (że nie marnuje cennego czasu potrzebnego na naukę - hahahahahaha), mogę przedstawić Wam kolejny film, który ostatnio miałam okazję obejrzeć.

Jak wiecie wiele szumu w ostatnich tygodniach narobiła A.Holland i "W ciemności". Nominacja do OSCARA wywołała spore zainteresowanie zarówno filmem jak i aktorami. Wywiady, wywiady, wywiady. Jest to prawie tak istotne jak zaginięcie 6-cio miesięcznej Madzi i detektywa Rutkowskiego! Abstrahując jednak od polskich wydarzeń wewnątrzspołecznych, skupmy się na "w ciemności".

Widziałam ten film wczoraj. Interesowała mnie przyczyna nominacji do OSCARA (jak wiadomo jest to chyba najbardziej prestiżowa nagroda związana z życiem KINA).
Pomijając fakt, że temperatura na sali kinowej przekraczała 30 stopni, z uśmiechem na twarzy oczekiwałam momentu zgaszenia świateł.

Nie muszę chyba opisywać filmu. Doskonale orientujecie się w tematyce wyreżyserowanej przez Holland. Żydzi ukrywający się w kanałach i opiekujący się nimi Poldek. Pełno Niemców, mnóstwo okrucieństwa i zbrodni. Ciemność, woda, ciemność, woda, bród, szczury, krew, śmierć, seks, seks, seks.
Po dwóch i pół godzinach wyszłam z sali z następującymi odczuciami:  Rola Więckiewicza beznadziejna, Grochowskiej śmieszna, Bosaka przerysowana przez media. Fabuła mimo iż oparta na faktach, poniekąd straszna, ale męcząca i NUDNA! Zgadzam się, że zbrodnie popełniane w czasie II wojny były skandaliczne i należy o nich mówić, ale nie nominować do OSCARA. Kolejna ekranizacja wydarzeń wojennych i pokrzywdzonych Żydów. Film nie wniósł do mojego życia absolutnie NIC nowego, nie zmusił mnie do refleksji. Z całym szacunkiem dla twórczości Holland i całej żydowskiej nacji, uważam, że "w ciemności"nie zasługuje na tę nagrodę, jest monotonny, nie porusza nieznanego tematu. Nawet muzyka nie zachwyca.

Wbrew pozorom cieszę się, że poświęciłam 2,5 h mojego życia na obejrzenie "w ciemności", jednakże mam nadzieję, że był to pierwszy i ostatni raz.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Cudowne ręce: opowieść o Benie Carsonie

Ostatnio byłam na weekend w domu, co pociąga za sobą oczywistą oczywistość  nadrabiania zaległości telewizyjnych! Niestety nie mam telewizora w Gdańsku (co jest moim osobistym(!) wyborem-gdybym posiadała chociażby 20cali, nie odstępowałabym telewizora na krok), dlatego za każdym razem, gdy wracam do rodziców przynajmniej jeden dzień poświęcam telewizorowi. Film, który dziś polecam próbowałam obejrzeć parę razy, ale zawsze coś wchodziło mi w drogę. Wcale nie dziwi mnie to, że w momencie kiedy miałam zacząć pisać pracę na temat zmian w sprawowaniu władzy w Rzeczpospolitej Szlacheckiej w XVI i XVIIw, film właśnie się rozpoczynał.

"Cudowne ręce..." to film oparty na faktach. Opowiada o jednym z najwybitniejszych neurochirurgów na świecie, o dążeniu do wyznaczonych celów, o poświęceniu i miłości. Z małego, wyśmiewanego przez dzieci chłopca wychowującego się w biedzie, z matką analfabetką, wyrasta mężczyzna twardo stąpający po ziemi, inteligentny, oczytany, wiedzący czego chce.

 Film polecam każdemu!